1 marca w kalendarzu państwowym widnieje jako Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Data nieprzypadkowa – tego dnia w 1951 roku w więzieniu mokotowskim zamordowano kierownictwo IV Zarządu Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Symbol końca pewnej epoki i początku długiego milczenia.
Milczenia, które trwało dekady.
Dziś we Włocławek marsz organizuje Konfederacja. I tu nie chodzi o to, czy partia ma prawo organizować zgromadzenie. Ma. To oczywiste. Demokracja polega właśnie na tym, że różne środowiska mogą wychodzić na ulice z własnymi hasłami.
Problem zaczyna się gdzie indziej.
Nie w prawie do marszu, tylko w pytaniu: czy pamięć historyczna jest wspólnym dobrem, czy politycznym narzędziem?
Żołnierze Wyklęci – historia trudniejsza niż transparent
Żołnierze Wyklęci nie byli monolitem. W tej nazwie mieści się ogromne spektrum postaw: od ludzi bezkompromisowo walczących o niepodległość, przez tragicznych idealistów, po postacie, których działania do dziś budzą poważne spory historyków.
To nie jest opowieść z komiksu. To nie jest historia o czarno-białych bohaterach i jednolitym froncie dobra przeciw złu. To dramat powojennej Polski – kraju rozszarpanego między totalitaryzmem niemieckim a sowieckim, kraju bez realnej suwerenności, kraju, w którym młodzi ludzie podejmowali decyzje bez dobrych wyjść.
I właśnie dlatego ta pamięć wymaga powagi.
Wymaga namysłu, a nie skrótu myślowego.
Kiedy symbol staje się szyldem
W ostatnich latach 1 marca coraz częściej bywa kojarzony z jedną stroną sceny politycznej. Antykomunizm, suwerenność, państwo narodowe – to hasła, które dobrze rezonują z programem środowisk prawicowych. To naturalne, że się do nich odwołują.
Ale jest cienka granica między odwołaniem a zawłaszczeniem.
Jeżeli dzień państwowy zaczyna być postrzegany jako „święto jednej opcji”, to znaczy, że coś w naszej kulturze pamięci się przesunęło. Historia przestaje być przestrzenią wspólną, a zaczyna być narzędziem budowania tożsamości politycznej.
A narzędzia się zużywają.
Czy 1 marca we Włocławku będzie dniem refleksji nad dramatem powojennego podziemia? Czy stanie się kolejną okazją do pokazania flag, haseł i partyjnej mobilizacji? Tego jeszcze nie wiemy. Ale pytanie warto postawić wcześniej, zanim emocje zagłuszą sens.
Włocławek – miasto z własną pamięcią
Włocławek nie jest pustą planszą do naklejania symboli. To miasto z własną historią represji, oporu, robotniczych buntów, opozycyjnych środowisk. Pamięć o powojennym podziemiu nie powinna być tu dodatkiem do politycznej kampanii.
Bo jeśli pamięć staje się rekwizytem, przestaje być pamięcią.
Marsz może być godny i poważny. Może być skupiony i merytoryczny. Może też być demonstracją polityczną przykrytą historycznym hasłem. Różnica nie tkwi w dacie, lecz w intencji i tonie.
Historia nie jest własnością partii
Demokracja daje partiom prawo do organizowania marszów. Nie daje im prawa do monopolu na symbole narodowe. Żołnierze Wyklęci nie należą do żadnego ugrupowania. Tak samo jak Powstanie Warszawskie nie należy do jednej partii, a Konstytucja nie należy do drugiej.
Jeśli pozwolimy, by każde święto państwowe było utożsamiane z konkretną opcją polityczną, to za kilka lat nie będziemy mieli wspólnej przestrzeni pamięci. Zostaną nam równoległe narracje, które się nie spotykają.
A społeczeństwo, które nie potrafi wspólnie przeżywać własnej historii, zaczyna żyć w osobnych bańkach tożsamości.
To nie jest atak na Konfederację. To jest pytanie do wszystkich środowisk politycznych: czy naprawdę chcecie budować kapitał wyborczy na tragediach sprzed siedemdziesięciu lat?
Historia to nie marketing. To nie jest gadżet. To nie jest koszulka z nadrukiem.
1 marca powinien być dniem ciszy silniejszej niż okrzyki. Dniem namysłu głębszego niż hasło. Dniem, w którym pamięć łączy – nawet jeśli interpretacje różnią się między sobą.
Bo jeśli pamięć stanie się wyłącznie narzędziem bieżącej polityki, przestaniemy rozmawiać o przeszłości. Zostanie nam tylko propaganda – po jednej i po drugiej stronie.
A propaganda zawsze jest uproszczeniem.
A uproszczenia są wygodne.
I bardzo niebezpieczne.


