Często podróżuję po świecie. W sumie patrząc z perspektywy przelecianych i przejechanych kilometrów, trochę już zwiedziłam. Czasami wracam po latach, w te same miejsca. I choć w nich, nawet po wielu latach dużo się nie zmienia, to moje perspektywy myślowe i ideowe ulegają zmianie. Na wszystko patrzę inaczej niż wcześniej. Niestety nie zawsze wnioski idą w kierunku pozytywnym.
Kair odwiedziłam jakieś 13 lat temu, „świeżo” po protestach na jego centralnym Placu Tahrir. Kiedy sięgam pamięcią wstecz przypominają mi się wszędzie kiepskiej jakości budowle, co niektóre przypominające polskie „bloki”. Ich stan i wygląd pozostawiał wtedy wiele do życzenia. W sumie to wyglądały tak jakby ich żywotność budowlana miałaby się za chwilę zakończyć, a one zawalić pod wpływem słabej konstrukcji. Budynki stały obok siebie, nie pozostawiając przestrzeni dla okien i sąsiadów budynków postawionych obok. Każdy z tych budynków wyglądał inaczej. O „planie zagospodarowania przestrzennego” z pewnością tam nie słyszeli. Na ulicach rzeki śmieci, które ciężko było znaleźć w Europie. Pamiętam nawet jak kierowca naszego autokaru, wziął karton do którego wszyscy wrzucali śmieci i normalnie wyrzucił jego zawartość na drogę. I oczywiście wszechogarniająca BIEDA. Ale to taka bieda jakiej w Europie nie zobaczysz. I wszędzie policja, wojsko, służby, tajniacy z bronią. Ale co się dziwić jak chwilę wcześniej doszło tam do wielkich protestów, w których zginęło 40 osób, a 2000 zostało rannych.
Po latach wróciłam do Kairu i szczerze, to sytuacja tam niewiele się zmieniła. Budynki, w których mieszkają miliony ludzi, a które wydawały się słabej konstrukcji, przetrwały. Teraz wyglądają nawet jeszcze gorzej, niż te 13 lat temu. Te amerykańskie slamsy, które często można zobaczyć w filmach, wyglądają przy nich luksusowo. Śmieci też nie ubyło. Nadal wyrzucane są przy każdej sposobności na ulicę i w sumie chyba nikomu ich obecność pod nogami nie przeszkadza. Po Nilu spływają tonami, wylewając się na jego brzegi.
Z pewnością przybyło biedy. I to nie takiej biedy, którą widzimy w Europie. Po wizycie w Kairze można stwierdzić, że my z taką prawdziwą kairską, tu w Europie, a szczególnie w Polsce, to do czynienia nie mamy. I kiedy tak myślę o tym co tam zobaczyłam, to biorąc pod uwagę powszechny konsumpcjonizm w Europie – nieprzemyślane wydawanie pieniędzy na jakieś zbędne nam głupoty, czy marnowanie wody i jedzenia, to ta bieda wydaje się być dla mnie jeszcze bardziej dramatyczna. My mamy wszystko i nic nie doceniamy. Narzekamy, że nie kupiliśmy tego czy tamtego, że to nie takie, a to nie dobre, a oni tam nic nie mają i są szczęśliwi. A nas co uszczęśliwia? U nas nadmiar prowadzi do ogólnej, społecznej frustracji. Ciężko ludzi uszczęśliwić, bo nie ma już czym. Niestety!
Kiedy wjeżdża się do Kairu przedmieścia witają cię billboardami pod nazwą „Nowy Kair”. Firmy budowlane i deweloperskie mają na połaciach piachu ogromne pole do popisu. Mieszkań i domków, ba całych osiedli, buduje się tam teraz na potęgę. Wielkie reklamy pokazują jak za chwilę „europejsko” będą wyglądać te nowe osiedla. Dosłownie raj na wyciągnięcie reki. Problem jedyny tkwi w pieniądzach – żeby w nim zamieszkać musisz mieć jakieś 750 tysięcy dolarów za 120 m2. Powiem szczerze, że w 2013 roku tych nowych osiedli nie było. Ta zmiana świadczy o tym, że przybywa klasy społecznej posiadającej pieniądze, którą stać na to, żeby wyprowadzić się do lepszej, bo nowej, części miasta. Ale, że jedni się bogacą, to nie znaczy, że inni nie biednieją.
Kiedy wyjeżdżamy z przedmieść do centrum Kairu, estetyka budowlana zmienia się diametralnie. Nadal funkcjonują budynki sprzed mojej ostatniej wizyty. Wokół pełno śmieci, bezdomnych, biedoty, żebraków. Najlepsze są reklamy na ogromnych billboardach, które świecą tej bidocie w oczy przypominając, że jej na nic z tej reklamy nie stać. Nawet na kosmetyki L’oreala reklamowane przez Kendall Jener. Kto tam będzie sobie zajmował głowę jakąś Kendall i tym co ona reklamuje, jak śpi na ulicy? Do umycia włosów potrzeba przecież wody, a ta w Nilu, jest brudniejsza niż we włocławskich ściekach. A to przecież rzeka, która daje życie wielu krajom w Afryce.
Jazda po ulicach kairskich to istny armagedon. Nawet ja, kierowca zawodowy, bałabym się tamtędy przemieszczać. Każdy jedzie jak chce, gdzie chce. Nie ma pasów dla pieszych, świateł zmieniających pierwszeństwo, a piesi przechodzą między pędzącymi pojazdami. Dziwiłam się, że nikt z tych pieszych, na moich oczach nie zginął, potracony przez jakiegoś kierowcę. Z pewnością jazda po tym mieście nie jest na moje nerwy.
Tak samo na moje nerwy nie jest widok dzieci, chodzących na boso, żebrzących, których matki puszczają na ulice, żeby na litość łapały turystów, którzy dadzą dolara albo dwa. Te dzieci, uśmiechnięte, choć nie wiem z czego, z miną szaleńca biegają między tymi szybko jeżdżącymi samochodami, zaczepiając turystów. Gonieni są przez lokalną policję, żeby nie powodowały odczucia u odwiedzających, że aż tak tam jest źle. Ale źle jest bardzo! Te dzieci nie mają nawet 10 lat. Dopiero pewnie zaczęły rozumieć co się do nich mówi i jak chodzić, a już musza walczyć o byt, w tej kolebce cywilizacji. Wielokrotnie robią to bez butów, albo w za dużych, w byle jakich ubraniach, nie znające słowa prysznic i ciepła woda. O wielotygodniowym brudzie na sobie już nie wspomnę. Ktoś by się zapytał gdzie tu opieka społeczna?! To słowo, Drodzy Czytelnicy, w Egipcie nie istnieje. Pod wpływem tego co tam zobaczyłam, zaczęłam myśleć na temat tego czy taka elita egipska nie mogłaby zrobić czegoś dla tych dzieci bez przyszłości. Bo one przyszłości nie mają! Resztę życia spędzą z pewnością na ulicy.
Biorąc pod uwagę, to co widziałam, to jestem przekonana, że społeczność egipska bezdomność i biedę przyjmuje jako standard i normę, o której my tak w Europie nie myślimy. Dla nas nie do pomyślenia, dla nich to po prostu życie w dżungli, które trzeba przeżyć. A to, że w dżungli jest niebezpiecznie, to każdy przecież wie.
Wczoraj usłyszałam, że szanse na urodzenie się w Europie to tylko 14 procent. Możemy nazywać się szczęściarzami, bo choć mamy za wschodnią granicą wojnę, to leci nam ciepła woda z kranu, stać nas na chleb, nie śpimy na ulicach, a w łóżkach, a w razie gdy coś nam się stanie, wiemy że ktoś się nami zajmie, w ostatecznym rozrachunku godnie pochowa na cmentarzu, na koszt państwa. Tam ludzie niekiedy rodzą się na cmentarzu, w tak zwanym „mieście umarłych” i tam już zostają do końca życia. 2 miliony obywateli za życia i śmierci na cmentarzu. Takie rzeczy tylko w Kairze.


